Numer 41 (lipiec/sierpień 2008 r.)
Dwie wieże

Na zdjęciu widzimy piękną Torre de Belém – Wieżę Betlejemską w Lizbonie. Góruje ona nad ujściem rzeki Tag do oceanu. Nikt nie zaprzeczy, że widać w niej delikatność i zarazem szlachetność. Przywodzi na myśl wspaniałe karty historii Portugalii, małego kraju, który wydał wielkich i godnych podziwu żeglarzy odkrywających przez wieki nowe lądy. Na pokładzie ich statków z widniejącym na żaglach znakiem Krzyża Chrystusowego znajdowali się również misjonarze, których zadaniem było szerzenie Ewangelii wśród ludów Nowego Świata.

Któż z nas Drogi Czytelniku, gdyby tylko miał taką możliwość, nie tylko dla odpoczynku, ale i dla zapoznania się z historią zmagań portugalskich marynarzy na bezkresnych oceanach, odmówiłby przyjemności spędzenia jakiegoś czasu w tej wieży?

Jest to miejsce przeniknięte symboliką. Stąd wypływały niezliczone zastępy marynarzy ze śmiałym zamiarem zdobycia nowych lądów dla Chrystusa. I gdyby ktoś w szaleńczym akcie zbombardował albo wysadził w powietrze tę wieżę, czyż nie wyrządziłby w ten sposób olbrzymiej straty całej Europie? I czyż naszym pierwszym odruchem nie byłoby wówczas pragnienie odbudowania utraconej budowli?

Spójrzmy teraz na drugą fotografię, która ukazuje współczesną wieżę. Czy nie jest prawdą, że gdyby jakiś szaleniec-terrorysta spowodował zawalenie się tego gmaszyska, oczywiście cierpielibyśmy z powodu tragedii ewentualnych ofiar i wielkiej straty, jednak nieliczni tylko tęskniliby za tym molochem? Jakież bowiem wartości duchowe wyraża egalitarny styl tego budynku w porównaniu z pięknem i wspaniałą harmonią Wieży Betlejemskiej? Iluż turystów garnie się do oglądania tego dziwoląga, którego w różnych odmianach można „podziwiać” od Nowego Jorku po Tokio, od Toronto po Buenos Aires?

Przeciwnie zaś, gościnna Wieża Betlejemska stale zaprasza wszystkich, którzy chcieliby tam spędzić kilka godzin, aby wyobrazili sobie ruch wioseł zanurzanych w morskich falach i poczuli ów wiatr historii, który dął w napięte i dumne żagle portugalskich armad.

Leonard Przybysz