Dziwna — jeżeli można się tak wyrazić — jednomyślność zapanowała w całym świecie w ciągu ostatnich lat kilku; jednomyślność nie w sensie wzajemnego zbliżenia się ludów, o czym się tak dużo, a próżno i jałowo mówi, lecz w ludzkich troskach, kłopotach i nędzy!
Pod ogólnym nagłówkiem kryzysów gospodarczych, społecznych czy też politycznych zebrała się nędz tych miara pełna i świat cały zapatrzył się dziś w otchłań przyszłości, w której ciemnościach kłębi się bezpostaciowy chaos pojęć. Tematy dzisiejszych polemik obracają się, jak chochoły w zaczarowanym kole, poruszając, a raczej tylko bezradnie potrącając wciąż te same bolączki coraz to ostrzejszych kryzysów gospodarczych, rozkładów wewnętrznych, rewolucji, dyktatur; jednocześnie uwidacznia się coraz wyraźniej, nawet dla ideowych zaślepieńców, upadek idei demokratycznych i wzrost, rozpowszechnianie się bolszewizmu politycznego, a co gorsza, duchowego. Taką to jest smutna rzeczywistość życia!
Nad rozwiązaniem tych zagadnień biedzą się dzisiaj wszystkie rządy i dyplomacje świata, biedzą się i w śmiesznie jałowych, acz wielce międzynarodowych zjazdach czy kongresach starają się wynajdywać niezawodne leki. Te konferencje, z Ligą Narodów na czele, robią wrażenie zjazdów znachorów, na których dla łatwowiernych pacjentów za bardzo kosztowne honoraria (kredyty) wydają plasterki angielskie na gojenie amputowanych rąk i nóg. Zresztą i owe angielskie leki też już utraciły zaufanie u cierpiącego ogółu po szeregu potężnych wstrząsów największego imperium świata, a kredyt Anglii nawet w opinii własnych poddanych załamał się fatalnie.
Ekonomiczno-społeczne znachorstwo, z godną lepszej sprawy wiarą i bezwzględnością stosowane, pogłębia jeszcze ogólny kryzys, a najznakomitsze ekonomiczne środki, próbowane tu i ówdzie w ostrożnych i nie nazbyt „postępem” zarażonych krajach, okazują się również tylko paliatywami. Cóż bowiem pomoże najgenialniejszy lekarz, jeżeli przyczyny choroby nie tylko, że w dalszym ciągu istnieją, potęgują się, ale zamiast być usunięte, są jeszcze bardziej pogłębiane i otoczone iście macierzyńską pieczołowitością przez wszystkie demokracje świata! Przyczyny te bowiem spoczywają w samej umysłowości dzisiejszych społeczeństw, można by powiedzieć, że rodzą się one w głębi dusz cierpliwych ludów, że są pielęgnowane i udoskonalane przez kierownicze sfery tych społeczeństw, przez te „szerokie” koła inteligencji, burżuazji światowej, posiadającej swoje bóstwo, zwane „postępem” i swoją religię, mieniącą się „rozwojem cywilizacji”!
We wrześniowym (XIII-ym) tomie „Naszej Przyszłości”, w artykule swym pod tytułem „Po równi pochyłej” świetnie ową psychozę ludzkości ujął p. Maurycy Gedrus; tu więc tylko wspomnimy na słowa Karola, recte Mardocha Marksa, tego proroka rozkładu, twórcy bolszewizmu, zaciętego wroga tejże „inteligencji”: „Burżuazja sama sobie kręci stryczek i buduje szubienicę”...
Marks mówił to szczerze, otwarcie i w pełni własnego zadowolenia — mówił prawdę. Miejmyż odwagę spojrzeć tej prawdzie w oczy i nie tylko spojrzeć, ale zastanowić się nad nią i zgłębić i, co najważniejsze, wyprowadziwszy wniosek, zastosować się do dyrektyw naszej, a nie cudzej woli.
Miejmy odwagę — powiadamy, bo dla spokojnego, rzeczowego rozważania tej gorzkiej prawdy trzeba mieć odwagę narażania się na nieuniknione, chóralne zarzuty wstecznictwa, obskurantyzmu, zaśniedziałej „średniowiecznej” ciemnoty; miejmyż odwagę dyskutować o rzeczywistych przyczynach światowej klęski, nie obawiając się ani zdania „szerokiej” opinii, ani pogardy jeszcze „szerszych” sfer! Dotknijmy bezpośrednio istoty rzeczy, a mianowicie tak zwanych „zdobyczy demokratycznych”.
Przede wszystkim więc, zaczynając od najcięższego i najpotężniejszego „tabu” dzisiejszego świata, poruszymy, postulat oświaty, tej „szerokiej”, powszechnej, równej, bezpośredniej, jawnej, chociaż zazwyczaj „tajnymi” siłami kierowanej, oświaty społecznej. Wypad taki niespodziewany na oświatę zdawać się może w pierwszej chwili nieuzasadnioną i nic z istotą kryzysów nie mającą wspólnego napaścią obskurantyzmu, a jednak sprawa oświaty jest jedną z najważniejszych przyczyn powszechnego rozkładu społeczeństw. Wystarczy tu zwrócić uwagę na fakt, iż wszyscy wywrotowcy, wszyscy ci, których celem jest sianie zamętu i rozkładu, właśnie postulatowi powszechnej oświaty poświęcają najwięcej wysiłków i uwagi. Z drugiej strony widzimy, jak to sprawę oświaty starają się ująć w swe ręce i bezkonkurencyjnie nią kierować wszystkie rządy świata, jak też o nią dba jedyny rzecznik ładu społecznego, jakim jest Kościół.
Jednakże sprawa oświaty społecznej jest sama w sobie na tyle zasadniczą i rzec można abstrakcyjną, że niemal obojętnym się już staje, kto nią kieruje, bo samo narzędzie zostało zboczonym i przy najlepszych nawet chęciach fatalne da nam rezultaty. Zewnętrzna strona nauczania może się zmienić, wyniki pozostaną te same.
Wzniosłe i wielkie hasło oświaty, po haniebnej pamięci rewolucji francuskiej, przejęła w swe ręce jej nieodrodna córa — demokracja nowożytna; ponieważ zaś rzecz wzniosła nie może być równocześnie płaską, a tylko bezwzględna płaszczyzna może być dopasowaną do równi demokratycznej, więc postanowiono ową oświatę rozlać równo, szeroko, wszędzie i powszechnie. Państwo przejęło nauczanie z rąk specjalistów i pragnąc zastosować się do wymagań idei demokratycznych, stara się wszelkimi siłami udostępnić je dla ogółu; rozszerza więc ramy, tworzy setki szkół „wyższych”, obniżając ich poziom, oraz tysiące szkół „niższych”, przeładowując ich programy. Wyrabia się nieskończoną ilość wciąż zmieniających się „programów", gdzie w ramki X godzin i semestrów starają się teoretycy „pedagodzy” wprowadzić wiadomości wszystkich, najbardziej nawet niepotrzebnych dziedzin wiedzy, przeplatając to wszystko modnymi sportami, wiadomościami z higieny, musztrą wojskową i robótkami ręcznymi. Jest to tak zwany problem powszechnej nauki, oświaty, stosowanej na modłę produktu farmaceutycznego lub sztucznego nawożenia na całej przestrzeni kraju i względem wszystkich jego obywateli.
Problem ten, rozmaicie rozwiązywany w różnych krajach, wszędzie jednak osiąga ten sam skutek: od szeregu lat wytwarza się „inteligencję" seryjną, podobnie, jak się seryjnie wyrabia wszelką tandetę i również, jak tę ostatnią, wytwarza się ją masowo, zastosowując, wbrew postulatowi wolności, przymus moralny, ekonomiczny, a nawet bardzo często fizyczny względem wszystkich dzieci kraju. Zbrodnicza fikcja równości demokratycznej święci tu swoje tryumfy. Bez najmniejszego względu na stopień pojemności umysłowej, poziom kulturalny, a nawet moralny młodzieży, nie bacząc na żadne, najistotniejsze nawet różnice społeczne lub ekonomiczne i nie zastanawiając się nad zakresem i możliwościami przyszłej ich działalności, wytwarza się stale i w coraz to szerszych ramach olbrzymią rzeszę półinteligentów. Siłą niemal wyrywa się młodzież włościańską, rzemieślniczą czy robotniczą z jej naturalnych środowisk i ciągle dążąc do „równania” warstw społecznych, rzuca się rok rocznie na „rynek” pracy ogromne zastępy „wyuczonych” nędzarzy, tworzy się rozmyślnie i planowo proletariat inteligencji. Równorzędnie zaś z tą robotą, dzięki innej fikcji idei demokratycznej, mianowicie „panowania większości”, wprowadza się w życie panowanie inteligentnego chamstwa!
Budząc i popierając aspiracje młodzieży wiejskiej lub robotniczej do tak zwanych „zawodów wolnych”, do zazwyczaj efemerycznej „kariery” urzędniczej, wytwarza się gwałtowne przeludnienie miast, idące równolegle z bezdomnością i wszystkimi kryminalnymi dziwactwami „ustaw” lokatorskich, oraz ubożenie wsi, brak robotnika rolnego, kryzys parobczany, a w znacznej też mierze i wzrost przestępczości wiejskiej; tworzy się krocie niezadowolonych, szczepiąc masom siłą nowe potrzeby życiowe, rzuca się w świat tysiące zawiedzionych i złamanych rzeczywistością życia ludzi, nie mając najmniejsze możności dać im cokolwiek w zamian za utracony spokój I ten nonsens wszyscy jednogłośnie nazywają „postępem cywilizacji i kultury świata”!
Państwa, formujące „par force” te zastępy inteligencji, nie są w stanie dać im innej pracy, jako tako zastosowanej do poziomu wykształcenia, jak tylko przez rozdymanie do niemożliwości aparatu biurokratycznego. Dopóki starczy środków, ściąganych potężną śrubą podatków od klas posiadających, tworzy się nowe „urzędy", departamenty, ministeria, pomnaża ilość urzędników; ale że „kryzys" szybko nadchodzi, więc gdy budżety nie wystarczają a pożyczki zawodzą, zaczyna się obcinać pensje, doprowadzając je do humorystycznych wprost drobiazgów. Państwa same zmuszają poniekąd olbrzymie rzesze urzędnicze do szukania „innych”, niż pensje dochodów i po kryzysie finansowym przychodzi kryzys moralny. Wreszcie dochodzimy do tego stanu, w którym dziś świat się obraca obcięcia pensji nie wystarczają, należy przeprowadzać redukcje, więc nowa falanga proletariatu inteligentnego, złamanego życiem i zgorzkniałego, ciążyć zaczyna na istnieniu narodu. To się nazywa „postępową polityką wewnętrzną”!