Czwartek, 17 maja 2012 r.    Patroni dnia: Św. Paschalis Baylon; imieniny: Weroniki, Sławomira
ustaw jako startową dodaj do ulubionych rss
    drukuj wyślij
2010-06-22
Józef Szujski

O młodszości naszego cywilizacyjnego rozwoju. Szereg spostrzeżeń


Cywilizacją, która jako usamowolniony i wszechwładny kościół, jako emancypacja rycerstwa, jako wolne osadnictwo na prawie niemieckim ją przenika, przyprowadza polityczny byt Polski na brzeg przepaści, część jej terytorium odrywa do Niemiec, część do Czech. Widocznie władza polityczna pozbawiona była wszelkiej wiedzy kierowania ruchem społeczeństwa. Wtedy na czeskich i węgierskich wzorach, rozpoczyna się organizacyjna praca Kazimierza W., stająca się podwaliną prawodawstwa, administracji i ekonomiki na dwa dalsze wieki. Polska raptownie dogania Europę, od murowania miast aż do założenia uniwersytetu. Powstaje za zetknięciem z zagranicą pierwszy zastęp ludzi politycznych. Anarchiczny żywioł upada z Borkowiczem i porażką polityczną wielkopolskich wielmożów.

Śmierć Kazimierza kładzie temu rozwojowi naturalnemu tamę, przywilej koszycki rzuca go na inne drogi. Przyłączenie Litwy i Rusi litewskiej cofa wstecz zadania wewnętrzne, zwraca do boju z germanizmem i do pokonania politycznego aneksów. Nigdy dosyć nie można położyć nacisku na tę nieznaną w dziejach Zachodu zmianę. Społeczeństwo, które zaledwie do europejskich zaczęło przychodzić porządków, ma przed sobą zadanie pokonania ogromnej, pół pogańskiej, pół schizmatyckiej przestrzeni. Zadanie chwyta w pierwszej linii Kościół, stąd jego w pierwszej połowie XV wieku wszechwładztwo. Czynnik królewskości, Jagiellonowie, już dla swego początku, dla dynastycznego stanowiska na Litwie, w koniecznej z społeczeństwem rozterce, lub w uległości dla tegoż społeczeństwa. Organiczność społeczeństwa, za Piastów istniejąca, stracona. Unia narodów, wobec zewnętrznych niebezpieczeństw pożądana, staje się momentem, gdzie się państwo z konieczności roztapia w olbrzymiej przestrzeni, gdzie w miejsce utworzenia uporządkowanego organizmu pozostaje zadanie podbicia go cywilizacją jednego obyczaju i wiary.

Dzięki ogłoszonym rewizjom kilku województw litewsko-ruskich, widzimy czarno na białym, jak to kraje o stosunkach przypominających Polskę XII wieku, połączyły się z nią w XVI. Przypatrzmy się współcześnie walkom politycznym i religijnym Polski XVI w., a przyznamy, że żądana unia tych prowincji i idący za nią powszechny parlament, musiał zalać przewagą głosów i dążeń w inną stronę skierowanych, wyższe stokroć uzdolnieniem i wykształceniem elementy czysto polskie. Litwa i Ruś sprowadzają na drobną własność szlachty polskiej ciężar latyfundiów, przygniatającą górę możnowładztwa. Po wielkich walkach szlachty z możnowładztwem, uwieńczonych chwilowymi zwycięstwami r. 1562 i 1564, któż wszechmocnie podnosi głowę po unii, podczas pierwszych elekcji, za Zygmunta III? Możnowładztwo tylko, któremu Ruś i Litwa możnowładztwa dała nową otuchę, które gotowało na szlachtę więzy najściślejszej klienteli.

Ten fakt świadczy wymownie, że ostatecznie przestrzeń pokonała ów niewielki, ale jędrny zawiązek polityczny, jakim była Polska. Ale pokonała ona ją i przetworzyła i pod innym względem. Taż sama szlachta, która walczyła z możnowładztwem i nie zwyciężyła, umiała zwyciężyć słabszego od siebie: mieszczaństwo. Mieszczaństwo stało prohibicyjną polityką, którą pracę jego osłaniał Kazimierz W. Szlachta, producentka surowca, pragnęła wolnego handlu w kraju w surowiec obfitym. Zdobyła go w r. 1565 a przez to samo podkopała byt mieszczaństwa. Przestrzeń rolnicza pokonała oazy przemysłu i rękodzieł.

Jeżeli też Z. Krasiński mówi o braku walk, religijnych czy politycznych, przez co zapewne rozumie krwawe walki zachodnie, gdzie szukać przyczyny rzeczywistej walk naszych politycznych i religijnych łagodności? Zaiste, nie gdzie indziej jak w przestrzeni znowu. W przestrzeni czasu i miejsca, w braku tej ciasnoty historycznej, która połowie dziejów narodu rozgrywać się każe między Tower i Whitehall, między Louvrem i placem de la Greve. Gdzie król, jak Jagiellonowie, pędził dni swoje na wozie, między Wilnem i Krakowem, między Gdańskiem i Lwowem, gdzie do Piotrkowa zjeżdżał na sejm co dwa lata, tam anarchii niestety nie brakło, ale starcia ostre miały czas przytępić się i złagodnieć. Gdzie szlachta zwróconą była ku pracy kanonizacyjnej, ku szukaniu bytu w oddalonych osadach, tam zaciętość stronnicza topniała od powiewu wiatrów, od oddechu pól chlebodajnych. Ileż to razy z pośrodka najgorętszych waśni rozbiegano się do żniwa lub orki?

W kolonizacyjnym też duchu, nieopuszczającym Polski jeszcze w XVIII wieku, gdyż i wtedy mrówcza zapobiegliwość i wytrwałość szlachty umiała jeszcze na zgliszczach wojen kozackich spokojne zakładać sadyby, w kolonizacyjnym duchu szukać przyczyny tej luźności, tej decentralizacji, tego buntu przeciw państwu, który odznacza przestrzenie wschodnie w ostatnich stuleciach bytu Rzeczypospolitej. Kolonista niesie ojczyznę ze sobą, najbliższe jego interesy są dlań miarą interesów państwa. Kolonizacyjna polityka zabija projekt wojny tureckiej Władysława IV, kolonizacyjna sprowadza bunt kozaków i przepiera jego krwawe rozwiązanie, kolonizacyjna rzuca rękawicę Konstytucji Trzeciego Maja. Zawrze ona jedna: krótko widząca, pełna indywidualnej pychy i ciasno pojętego interesu.

Ale gdzie przyczyna wiele złego politycznego, tam także niepojęta cywilizacyjna zasługa. Zaniesienie wiary na Litwę, przetworzenie olbrzymiej przestrzeni wschodniej na jednolitą, obyczajem i cywilizacją prawie jednostajną sadybę zachodniej, szlacheckiej rycerskości, posunięcie municypalnych porządków prawa niemieckiego w miastach, miasteczkach i wsiach poza Dźwinę i Dniepr, było pracą absorbującą niezmiernie i decentralizującą siły społeczeństwa, ale pracą dodatnią, pracą posuwania naprzód Europy i europejskości. Dokonywała ona się często wbrew politycznym niepowodzeniom, dokonywała z wytrwałością, i energią samorodną, której brak tak często czujemy w centrum życia politycznego.

Robocie tej oczywiście towarzyszy także działanie świeżo cywilizowanej masy na cywilizującą. Polska szlachecka Zachodu zaczyniła, jak gorczyczne ziarno, wielki kompleks wschodni, zaczyniła go duchowo i materialne, ale i przetworzyła się sama w tej robocie. Muskularny, przedsiębiorczy, cięty i zacięty szlachcic XV i XVI wieku, nie tylko nie podołał rozbiciu latyfundiów wschodu, ale przeciwnie, one rzuciły się na gniazdową Polskę, a wzbogacone na wschodzie możne rodziny nabywały w XVIII wieku rezydencje od zubożałej szlachty zachodniej. Typ szlachecki w swojej wędrówce na wschód, zwschodniał sam, stał się otyłym, kontemplacyjnym, wygodnym, powolnym, despotyzm pewien pański z indolencją łączącym. Zanim go strasznie pokonano, a pokonano bez energicznego oporu z jego strony, on sam pokonał wszystko, pokonał przede wszystkim warunki i więzy państwa. W typach czasu Augusta III dostrzega się kapryśny przesyt drobnych Cezarów, stoczonych wewnętrznie przez non plus ultra swawoli.

Młode więc społeczeństwo, zaledwie wstępujące w próg organizacji przez Kazimierza W., rzucone zostało w drugą młodość, w drugie ab ovo polityczne, w litewsko-ruski rozczyn. Dopóki od roztopienia chroniła go jeszcze Litwy i Rusi odrębność, widać w nim drgnienia potężne europejskiego dążenia do organizacji dalszej; od unii, prócz chaotycznego ruchu rokoszowego w r. 1607, drgnień tych już nie dostrzeże. Trudno jednak rozpaczać, że tak było: zadanie, które postawione zostało, przywiodło do politycznego upadku, a raczej nie przyprowadziło do politycznego zorganizowania się, ale zadanie to, spełnione wielostronnie na polu cywilizacyjnym, pozostanie na zawsze tytułem do wielkości i znaczenia.

Dwa są sposoby pokonania przestrzeni: cywilizacja i despotyzm. W Polsce, opartej o tradycję zachodu, biorącej z tych tradycji wszystko, co było najwolniejszym, pierwsza droga była naturalną koniecznością. Podminowano Litwę i Ruś litewską wolnymi instytucjami polskimi. Nasuwało się pytanie zasadnicze, pytanie przyszłości, co uczynić z dalszym wschodem, odmiennej zaborczej cywilizacji, opartej o jedność kościoła z państwem i tradycją wschodniego cesarstwa. Polityczny instynkt szlachty zachodniej nie wahał się, odpowiadał dwuwierszem: By był Fedor, jako Jagiełło, dobrze by z nim było. Jan Zamojski stawiał w r. 1588 ograniczenie elekcji do osoby księcia słowiańskiego, którym nikt inny być nie miał, prócz północno-wschodniego sąsiada, zawsze w nadziei przeprowadzenia jednej cywilizacji zachodniej przez wschodnie przestrzenie. Prawie współcześnie obfita ta w pomysły głowa wykazywała, że Polska potrzebuje prowincji, na kształt rzymskich, pozyskanych zaborem a bezpośrednio z państwem nie zlanych. Któryż z programów miał rację? Szlachecki i ów pierwszy Jana Zamojskiego był na razie niezawodnie fałszywym apetytem, przecenieniem sił, które mniejszemu zadaniu ostatecznie podołać nie mogły. Drugi program Zamojskiego, otoczenie państwa podbitymi, w ryzie trzymanymi prowincjami, miał niezawodnie więcej racji. Podołać przestrzeni w zabezpieczeniu na zewnątrz, było pierwszym zadaniem. Zasadniczo przeciwny prąd wschodni powstrzymać tylko było można rozwinięciem sił materialnych. Trzeba go było nadto zastąpić, trzeba było uprzedzić walną z półksiężycem walką. Dlatego zamierzony bój Władysława IV z Turcją był walną myślą polityczną.

Temu skutecznemu działaniu na zewnątrz, nieprzebytą zaporę postawiła organizacja wewnętrzna. Organizacja ta w r. 1573 ostatecznie dokonana postawiła, wiednie czy bezwiednie, trzy zasady: bezwzględnej swobody religijnej, niewojenności, jak najmniejszego rządzenia. Brano je tylekroć za tryumf Polski uprzedzającej inne narody, były one tymczasem tylko strojną szatą pół średniowieczną, uszytą na to, aby się w niej mogły zmieścić wszystkie sprzeczności wielkiego aglomeratu. Gdzie indziej wykazaliśmy, co w szczególności państwo popchnęło na tę zgubną drogę, co powiedziało: Jeżeli nie nasza wiara i nie nasz rząd, to żaden. Tutaj odkrywamy tylko najwewnętrzniejszą przyczynę długotrwałości tych instytucji: ich antyspołeczną i antypolityczną wygodę.

Kładzie więc pesymizmowi granice położenie Polski, jej niezasobna historyczna szkoła, jej wielkie kresowe zadanie nie zostające w żadnym stosunku do jej przygotowania, co więcej zostające w pewnym rodzaju błędnego koła z organizacją polityczną. Organizacja wymaga ześrodkowania, szerzenie się na obwód jest odśrodkową siłą. Stąd w ciągu dziejów naszych fragmentarycznie, bez ciągu, z piętnem fatalizmu występują usiłowania wojenne, choćby chwilowo świetne, usiłowania polityczne, choćby najmądrzejsze, usiłowania naukowe, choćby pełne blasku. Jedno tylko ma ciąg, skutek i względną trwałość, nasz ruch kanonizacyjny i unifikujący. Błyszczy on lemieszem pługa a od czasu do czasu płomieniem szabli, którą tylko stać na chwilowy piorun. Nie odejmuje to urywanej naszej epopei wartości: dramatu tylko brakło…

Z trzech upadków: węgierskiej, czeskiej i polskiej samodzielności, ostatni najdłużej kazał czekać na siebie. Organizm, przedwcześnie wolnością zbytnią zepsuty, umiał dwa wieki jeszcze nieść warunki cywilizacji zachodu na wschód oddalony.

Przymusowym objawem żywiołu, który przebył kresową służbę tylu wieków, jest dzisiaj ściągnięcie się w sobie. W tym ściągnięciu zdobył on się na wiele, czego brak dostrzegał Krasiński z nerwową rozpaczą. Zdobył się na samodzielną literaturę, na świetne usiłowania w sztuce i naukach... Z epoki, w której boleść podszeptywała mu wyjątkowe w gronie europejskich narodów stanowisko, upiększała i wynosiła jego przeszłość nad przeszłość wszystkich innych narodów, przechodzi do chwili, w której spokojnie odnajduje przynależne sobie miejsce, bez chełpliwości i wynoszenia się, ale i bez nerwowej rozpaczy. Pomni, co było jego zasługą i co być może jedynie jego dalszą wartością. Pomnieć powinien, że karty rozwoju historycznego niedomknięte i że — młodość obowiązuje więcej od wyczerpanej starości. Historia nie przebacza braków — braki wypełnić jest pierwszym przyszłości warunkiem. Brakiem głównym, najzgubniejszym było zatracenie politycznego zmysłu. Dasz że ten zmysł zdobyć, przywrócić społeczeństwu? Nie wątpimy — pod jednym warunkiem, aby go dobyć z siebie, z rozważania przeszłości, z obrachunku sumienia, a nie importować z zagranicy. Ten swojski, prosty i zdrowy zmysł powie, że to, co było dziejową zasługą, treścią, wartością naszą w przeszłości, jest zarazem główną, jedyną, niepokonaną siłą polityczną. Ten swojski powie, że nie masami, natchnionymi samowolą uczucia, ale zgrupowaniem ludzi około zastępu, posiadającego silne przekonania i dobrą wolę, stoją społeczeństwa. Powie, że nie w bezbarwności, chcącej się przypodobać wszystkim, ale w walce raczej zdań o środki do celu, nie w krzykliwej i płytkiej demonstracyjności ale w zachowaniu się męskim, spokojnym a czynnym, szukać należy haseł prawdziwej siły wewnętrznej.

Józef Szujski, Opowiadania i roztrząsania historyczne, Warszawa 1882, s. 369-414
 
strona: 1 2
Zapraszamy na nasze strony
Subskrypcja
Jeśli chcecie Państwo być na bieżąco informowani o aktualizacjach i zmianach na stronach naszego serwisu prosimy o wpisanie adresu e-mail: