Wywiad z prof. Janem Żarynem - KAI
Gross usiłuje zniszczyć wizerunek Polaków
2011-01-31

Jest to książka z tezami, które mają charakter napaści na pozytywny wizerunek zachowań z przeszłości, jaki mają Polacy - mówi prof. Jan Żaryn w rozmowie z Marcinem Przeciszewskim z KAI o „Złotych żniwach” Jana Tomasza Grossa. „Autor pragnie przekazać światu insynuację, że jesteśmy narodem, który dlatego, że jest katolicki, to tym bardziej był skłonny do mordowania, rabowania i donoszenia na Żydów” – dodaje. Wyjaśnia ponadto, iż „nie ma cienia wątpliwości, że najsilniejszą motywacją do ratowania Żydów był katolicyzm”.

KAI: Czy książkę Jana Tomasza Grossa “Złote żniwa” możemy zaliczyć do literatury naukowej?

Prof. Jan Żaryn: Sam autor mówi, że jest to esej, a więc gatunek literacki nie mający wiele wspólnego z działalnością naukową. Problem polega na tym, że jest to książka napisana przez osobę inteligentną i potrafiącą się posługiwać piórem. Opracowanie to nie jest adresowane do ludzi znających temat, lecz cynicznie skierowana została do ignorantów, aby ich w tej ignorancji utrwalić. Jest to książka z tezami, które mają charakter napaści na pozytywny wizerunek zachowań z przeszłości, jaki Polacy na ogół mają na swój temat. Wizerunek ten mówi, że byliśmy narodem heroicznym, w czasie II wojny światowej nie mieliśmy Vidkuna Quislinga lecz walczyliśmy i stworzyliśmy polskie państwo podziemne, co było ewenementem w skali europejskiej. W tym pozytywnym wizerunku jest też miejsce na pamięć o tym, że ratowaliśmy Żydów z narażeniem życia własnego i bliskich.

Taki wizerunek Polaków irytuje Jana Tomasza Grossa. Pragnie więc przekazać światu insynuację, że jesteśmy zupełnie innym narodem. Narodem, który de facto podporządkował się Hitlerowi. Narodem, który dlatego, że jest katolicki, to tym bardziej był skłonny do mordowania, rabowania i donoszenia na Żydów, gdyż katolicyzm związany jest z postrzeganiem Żydów, wyłącznie poprzez pryzmat odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Wobec tego zemsta lub wroga obojętność dla katolików jest czymś naturalnym. Nie muszę dodawać, iż tezy te są przede wszystkim prymitywne, wysyłane w świat nie znający realiów relacji polsko-żydowskich tak przed 1939 r., jak i powstałych w totalnie zmienionych warunkach okupacyjnych.

Jest to książka oparta na dziwnej „metodologii”. Jej narracja przeplatana jest nieustannie przypomnieniami o pewnym zdjęciu wykonanym niedługo po wojnie na terenie obozu w Treblince. Widać tam grupę chłopów i mundurowych na tle ludzkich czaszek, szczątków ofiar. Choć ani autor, ani my nic nie wiemy kogo przedstawia fotografia i co ci ludzie tam naprawdę robili, Gross w pewnym momencie wypowiada kategoryczną tezę, że wie już wszystko a nawet więcej, np. wyraz twarzy jednej z siedzących tam kobiet, jest wyrazem osoby bezwstydnej, która pewnie musiała ustawicznie zajmować się grabieżą Żydów. Jest to przykład „metodologii” stosowanej przez Grossa, na której oparte jest całe przesłanie tej książki. Po artykule w „Rzeczpospolitej”, którego autorzy dotarli do historii tego zdjęcia wiemy przynajmniej tyle, że Gross nie zainteresował się dotarciem do prawdy.

Jak zawsze przy okazji pojawiania się kolejnych prac tego Pana, zachodzi podejrzenie, ze sensu jej wydania należy szukać w sferze pozamerytorycznej. Jak sądzę, Gross pełni rolę forpoczty wobec bardziej naukowych publikacji, jakie niebawem mają ponoć ujrzeć światło dzienne. A będzie to analiza dokumentów, jakie przedstawi grupa takich historyków jak prof. Barbara Engelking-Boni, dr Dariusz Libionka czy dr Jacek Leociak i dr Jan Grabowski. Nie można im zarzucić nierzetelności warsztatowej. Będą próbowali szczegółowo ukazać, co działo się w poszczególnych miejscowościach Generalnej Guberni. Ukazywać będą postawy Polaków, negatywne i pozytywne. W jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” wyartykułowali jednak tezy bardzo podobne do tez Jana Tomasza Grossa. Sam jestem ciekaw, jak zanalizują źródła – szczególnie powojenne procesy z dekretu z 31 VIII 1944 r. (tzw. „sierpniówki) – w których znajdują się liczne przypadki oskarżeń o zabójstwo Żydów w czasie wojny. O kolaborację z Niemcami (a te czyny zaliczano do tej kategorii) oskarżano także polskich niepodległościowców, lokalnych żołnierzy AK, BCh czy NSZ, szczególnie z formacji akcji specjalnej, którzy wykonywali wyroki śmierci np. na kolaborantów. Trudno często dociec prawdy, gdyż pod wpływem tortur oskarżeni przyznawali się do – być może – nie popełnionych czynów, a jeśli popełnionych to z racji wykonania wyroku na wrogu Polski. W czasach stalinowskich udowadnianie swoich racji nie chroniło przed stryczkiem, a wręcz odwrotnie przybliżało do niego. Problem polega na tym, że trzeba te dokumenty czytać z nadzwyczajną ostrożnością i do końca, także tę ich część, która pochodzi z lat po 1956 i po 1989 r., kiedy to wychodzący z więzień lub ich rodziny - wówczas oskarżanych haniebnie ludzi o kolaborację z Niemcami - próbowały szukać sprawiedliwości odwołując swoje zeznania.

Drugim problemem metodologicznym jest – widoczna u wyżej wymienionych historyków – kwestia przyjęcia wrażliwości i pamięci żydowskiej za obiektywne, co z góry oddala tych autorów od chęci zaprezentowania faktycznych racji i uwarunkowań strony polskiej. Przykładowo, fakt, że ludzie Kościoła przede wszystkim starali się nieść pomoc Żydom katolików zmuszanym przez Niemców do przebywania w getcie wynikał nie z selekcji osób potrzebujących według cynicznego klucza, ale z racji realnych uwarunkowań, w tym postawy Żydów ortodoksyjnych. Podobnie, fakt, że Polacy pomagali Żydom za pieniądze nie wynikał z chciwości, choć i takie przypadki istniały, ale z racji obiektywnej sytuacji ekonomicznej w GG, w którym Niemcy stłoczyli także Polaków (m.in. wypędzonych z Kraju Warty), w którym ceny żywności przemycanej do miasta siłą rzeczy rosły, a wielu Polaków potraciło od 1939 r. pracę lub dochody bo przestaliśmy mieć wolne państwo (urzędnicy państwowi, samorządowi, nauczyciele, udziałowcy spółek, itd., itd). Obawiam się, że ten kontekst polski – niech będzie że egocentryczny - autorom umknie zbyt łatwo, choćby dlatego że siłą rzeczy nie był obecny w pamięci żydowskiej opartej na własnym równie egocentrycznym i spaczonym zarazem polu widzenia ówczesnej rzeczywistości.

KAI: Zasadnicza teza książki Jana Tomasza Grossa brzmi, że Polacy pomagali Niemcom w zagładzie Żydów. Autor informuje, że podczas wojny zamordowaliśmy od 100 do 200 tys. Żydów. Jaka jest wiedza na ten temat polskiej historiografii?

- Przede wszystkim wiadomo, że podczas wojny Polakom udało się uratować 50 – 60 tys. Żydów. Są też liczby szacujące liczbę uratowanych na 100 tys.

KAI: Dlaczego tylko tyle, biorąc pod uwagę, że mieszkało tu ich ponad 3 mln?

- Dlatego, że podstawowym warunkiem uratowania Żyda, była trudna dla niego decyzja o przejściu na stronę aryjską. Wiązało się to odejściem z własnego środowiska, rozstaniem się z bliskimi, porzuceniem ich, po to, aby ratować się samemu. Relatywnie najłatwiej było to uczynić tym Polakom pochodzenia żydowskiego, którzy byli osadzeni w kulturze tego państwa i narodu (np. Żydom katolikom) lub znającym Polaków z racji bliskości ideologicznej (np. z racji wspólnej pracy politycznej w partiach lewicowych, w tym prosowieckich).

Jako historycy nie potrafimy sobie poradzić z dokładnym określeniem liczby uratowanych. Proszę pamiętać, że punktem odniesienia są ustawy norymberskie III Rzeszy, a nie faktyczna świadoma przynależność do narodu, dla którego przed 1939 r. najżywotniejszymi odniesieniami tożsamościowymi były wyznanie mojżeszowe i syjonizm. Tym trudniej jest powiedzieć ile dzieci żydowskich zostało uratowanych. Pewną formą weryfikacji, które z dzieci było żydowskich, było zgłoszenie się po nie po wojnie jego żydowskiej rodziny. Ale wiadomo, że wiele rodzin nie przeżyło wojny. Bardzo wiele z żydowskich dzieci zostało ochrzczonych i wprowadzonych na trwałe do polskiego kręgu rodzinnego. Często nawet one same nie wiedziały, że zdaniem Hitlera były Żydami. Znam kilka takich relacji. Np. ks. Kosowicz opowiada jak dwie siostry z jego wioski uratowały 8-letnią dziewczynkę żydowską. Jedna z kobiet ją przechowująca nawet nie wiedziała, ze jest to dziecko żydowskie. Po wojnie przybyli jej krewni z Izraela, by ją zabrać. Marysia – bo takie imię jej nadano – miała już kilkanaście lat i była na tyle przywiązana do swej opiekunki, że była przekonana, że jest to jakieś porwanie. Ostatecznie pozostała w Polsce.

Dodatkowy problem weryfikacyjny wynika stąd, że wiele metryk dotyczących chrztu dzieci żydowskich z czasów wojny jest do dziś niedostępnych, być może na prośbę polskiej rodziny, która przyjęła dziecko i prosiła o zachowanie tego w tajemnicy. Wiele ksiąg metrykalnych zostało zniszczonych. Jest to także – być może - wynik przyrzeczeń kapłanów. Wiemy jedynie, że np. w getcie warszawskim w okresie po 1940 r. lawinowo wzrasta liczba konwersji, a administrator apostolski abp Stanisław Gall zezwala na skrócenie procedur przyjmowania Żydów do Kościoła. W związku z tym podawana dziś liczba 50 - 60 tys. uratowanych jest dość problematyczna, w istocie może być ona o wiele większa.

KAI: Gross pisze, że ok. 200 - 250 tys. Żydów uciekła Niemcom z transportów, kiedy wywożono ich na śmierć. Jaki był ich dalszy los?

- Taka liczba Żydów, którzy uciekli wynika także z badań historyków Barbary Engelking-Boni, czy Dariusza Lebiodki. Trudno jest kwestionować ich warsztat historyczny. Po analizie różnego rodzaju akt, głównie niemieckich, dowodzą, że taka ilość Żydów znalazła się poza gettami np. w wyniku ucieczek z transportu.

Gross tę informację potraktował w ten sposób, że od tej liczny odjął ilość ocalonych po wojnie i wyciągnął wniosek, że resztę zamordowali Polacy. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana.

Gross pomija taką kategorię osób jak partyzanckie oddziały żydowskie, złożone w dużej mierze z mężczyzn, którzy uciekli ze wspomnianych transportów. Niestety jednak, z punktu widzenia lokalnej polskiej społeczności były to oddziały bandyckie, gdyż grabiły i napadały okoliczne wsie. Jednocześnie – jak wiemy np. na Kresach - opiekowały się obozowiskami, gdzie przebywały ich kobiety i dzieci. Był to rzecz jasna dramat dla obydwu stron, ale każdy dramat polega na tym, że obydwie strony miały swoje racje.

KAI: Jaka była skala tej „partyzantki”?

- W oparciu o cząstkowe badania można stwierdzić, że takie oddziały w różnych miejscach Polski były obecne. Przykładowo w Koniuchach na Nowogródzczyźnie, gdzie wymordowano polskie rodziny zaangażowane w pomoc dla partyzantki AK-owskiej. Zrobiły to organizowane przez sowietów oddziały partyzanckie składające się m.in. z Żydów.

Trudno, aby polskie rodziny - w sytuacji zagrożenia - nie broniły się, np. donosząc Niemcom. Nie było to dobre ani szlachetne, ale trzeba zrozumieć, że był to jakiś sposób na ochronę własnych żon i dzieci. Niekiedy szukano ochrony w Armii Krajowej, która – tam gdzie była silna – pomagała. Z kolei żydowskie oddziały, czy częściej komunistyczne uważały taką wieś za AK-owską, a więc kwalifikującą się do wyniszczenia, np. niemieckimi rękami. Dochodziło także do walk oddziałów Armii Krajowej czy Narodowych Sił Zbrojnych z oddziałami żydowskimi. Na Kielecczyźnie walczyli z nimi głównie NSZ-towcy. To fakt, że oddziały żydowskie znajdowały się w bardzo trudnej, dramatycznej sytuacji. Zderzały się dwie tragiczne sytuacje: polska i żydowska. Problem ten dla Grossa nie istnieje. Podobnie jak zachowania komunistów, o których pisał w swej fundamentalnej pracy Piotr Gontarczyk dowodząc m.in., że dowódcy partyzantki komunistycznej podejmowali decyzję o wymordowaniu chronionych rzekomo Żydów (z powodów głównie materialnych). Jego teza jest wręcz taka, sam takich badań nie prowadziłem, że Żydzi decydujący się na wstępowanie do AK czy NSZ mieli dużo większą szansę na przetrwanie, gdyż tam nie pytano się czy jesteś Żydem (przykład Stanisława Aronsona z AK, czy lekarza dr Jana Zarychty „Żara” z Brygady Świętokrzyskiej NSZ) w odróżnieniu od oddziałów GL i komórek PPR dowodzonych przez Grzegorza Korczyńskiego, gdzie zabierano kosztowności żydowskie a ich właścicieli mordowano.
Interesujący artykuł?  

 
 
1 | 2 |