Wielodzietność, choć w żywotnych cywilizacjach i w samej Biblii jest znakiem Bożego błogosławieństwa, w Polsce XXI wieku jest głównie zgorszeniem. Sugestia, że to Bóg jest dawcą życia, i że to On a nie my wie lepiej, ile powinniśmy mieć dzieci nieodmiennie wywołuje zgorszenie, a często nawet oburzenie.
Ostatnio sporo jeżdżę po Polsce. Mówię zwykle o życiu i jego obronie, o tym, jak potężną zbrodnią jest aborcja (rocznie na jej skutek ginie sześciokrotnie – przy bardzo ostrożnych szacunkach – więcej osób, niż w czasie całego Holokaustu) i o tym, że aby z nią skończyć trzeba nawrócić się ku Bogu, który jest dawcą życia. A jednym z elementów takiego nawrócenia jest pogodzenie się z faktem, że miłość małżeńska jest i powinna być otwarta na płodność, że płodność jest wielką mocą, a każde dziecko jest niepowtarzalnym darem Bożym, na który trzeba się otworzyć. I właśnie ten element nieodmiennie wywołuje największe zgorszenie.
[...]
Pełny tekst:
Fronda.pl