Poniedziałek, 21 maja 2012 r.    Patroni dnia: Św. Jan Nepomucen; Bł. Karol Józef Eugeniusz de Mazenod
ustaw jako startową dodaj do ulubionych rss
    drukuj wyślij
2011-12-15

Taka historia


"Co jest dla Mumio najważniejsze? Miłość Pana Boga” - o pożegnaniu ze spowiedzią, z którego nic nie wyszło, z Jackiem Borusińskim z Mumio rozmawia Marcin Jakimowicz z tygodnika "Gość Niedzielny". 

Alicja Resich Modlińska pyta w telewizji: „Co jest dla Mumio najważniejsze?”. A Ty na to: „To będę musiał tak religijnie pojechać: miłość Pana Boga”. Nie żałowałeś, że wyskoczyłeś z tym tekstem?
 
Nie, nie wstydziłem się tego. Tu chodzi o coś innego: mam ogromny problem z opowiadaniem o wierze. Gdy czytam to, co powiedziałem, łapię się za głowę: „O matko, jak ja się wymądrzam!”. Ciężko mi potem znieść w tych wywiadach samego siebie. Opowiadam o rzeczywistości, która mnie przerasta. Bo zawsze w taki wywiad wkręca się coś, co jest na wyrost.
 
Dzwonię do Ciebie dwa dni temu: jesteś na rekolekcjach, wczoraj: na katechezach. Nie zmieniasz wizytówki na Jacek Borusiński – kaznodzieja baptystyczny?
 
Nie (śmiech). Ale rzeczywiście: program związany ze wspólnotą i katechezami jest ostatnio niesamowicie intensywny i gęsty. Wczoraj byłem na katechezie adwentowej. Sami z żoną głosiliśmy już katechezy dwukrotnie…
 
W kompletnej ciemności i strachu?
 
Gdy w zeszłym roku po raz pierwszy wyszedłem do ambony, myślałem: „Jakoś to będzie. Jestem przecież przyzwyczajony do wystąpień publicznych”. Ale okazało się, że to jest tak kompletnie nowa rzeczywistość, że naprawdę byłem przerażony. Nigdy się tak nie trząsłem. Przed żadną premierą, przed żadnym festiwalem w Opolu. Tam nie byłem sobą; wskakiwałem w skórę postaci, którą grałem. Tu wychodziłem jako Jacek Borusiński. Kolana się uginały, miałem dwa serca, które waliły w jakimś chorym rytmie. Nie pamiętałem nawet, co mówiłem. Pytałem później żony: „Jak było?”, a ona: „Jak na ciebie, mówiłeś bardzo krótko” (śmiech). To są mocne doświadczenia: widzisz, że działa Duch Święty, a nie ty. Ty możesz jedynie coś bełkotać, pozwolić się skompromitować, stracić twarz. (...) Kiedyś jeden z bielskich księży poprosił mnie, bym powiedział świadectwo dla gimnazjalistów.
 
Co grozi śmiercią lub trwałym kalectwem…
 
Sam nie wiem, dlaczego zgodziłem się na taki samobójczy krok. (...) Mówię i mówię, ale czuję, że idzie jak po grudzie. Widzę, że ich to kompletnie nie interesuje. To najtrudniejszy target, jaki można sobie wyobrazić. Jest kiepsko, ale cisnę ten wózek. Ksiądz, który mnie zaprosił, też nie jest w euforii. Trudno. (...) Na drugi dzień odbieram telefon. Dzwoni ten ksiądz i mówi: „Słuchaj! Wydarzyło się coś niesamowitego. Przyszedł jakiś facet, zaplątał się jakoś na tę katechezę, a potem poprosił mnie o spowiedź. »Nie spowiadałem się od 15 lat« – mówił. – Bardzo dotknęło mnie świadectwo, które usłyszałem”. Dla mnie to było niesamowite doświadczenie: nawet z takiego chaosu, z czegoś tak lichego, Bóg jest w stanie wyprowadzić dobro. Pomyślałem: nie ma co się opierać… (...) 

Nie masz wrażenia, że to definicja Kościoła? Bóg utożsamia się z czymś tak kruchym, lichym, skażonym grzechem? Przychodzi i naprawia to, co psujemy…
 
Może i tak? Spowiadałem się przez lata u księdza, z którym, delikatnie mówiąc, różniliśmy się politycznie. Nie spotykaliśmy się kompletnie w przeżywaniu rzeczywistości tego świata. Było gęsto, ostro. Siekiera wisiała w powietrzu. Ale nagle, w czasie spowiedzi, dokonywała się jakaś przemiana – następowało spotkanie. Spotykałem kapłana, który jest totalnie wyrozumiały dla grzesznika, znikało całe zacietrzewienie. To była taka dwutorowa sytuacja: prywatnie się różnimy, ale w sakramencie łaska płynie strumieniami. Ja myślę, że paradoksalnie Kościół musi jeszcze wiele zepsuć. Po to, by świat zobaczył, że nie opiera się na ludziach. By znikło to całe mdławe moralizatorstwo.(...)
Miałem taki lekki protestancki lot... Postanowiłem jednak pójść do spowiedzi ostatni raz…
 
Oficjalne pożegnanie z sakramentem?
 
Tak! Idę do konfesjonału po raz ostatni. Trochę po to, by wypróbować Pana Boga. I nagle ksiądz, którego kompletnie nie znam, mówi: „Słuchaj, Jacku” (włosy stanęły mi dęba!), i zaczyna mi opowiadać o tym, co ja wczoraj robiłem. Pyta, jak było na giełdzie, wyciąga jakieś fakty z mojego życia, o których nie mógł wiedzieć! Zamurowało mnie. Byłem przerażony, próbowałem ogarnąć jakoś tę rzeczywistość. Skąd on może coś o mnie wiedzieć? Urządziłem całe śledztwo, ale do niczego nie doszedłem. Minął rok. Szedłem do tej parafii załatwić jakieś formalności. Wchodzę do kancelarii i… widzę za biurkiem tego księdza. Uśmiecham się: „To ja, Jacek”. A on patrzy na mnie zdumiony i rzuca: „No i co z tego?”. A ja nagle orientuję się, że on mnie kompletnie nie zna. W dodatku jest nieuprzejmy i wychodzi kwestia „ile się należy”

Czyli Bóg działa w Kościele w tym, co jest w nim najsłabsze?

Myślę, że tak. Opowiem ci całkiem świeżą historię. Bywa tak, choć ludzkość o tym pewnie nie wie, że księża palą papierosy. Niektórzy nie palą, inni palą po kryjomu, w ubikacjach, ale nieliczni wychodzą z podziemia i palą publicznie. I jest taka sytuacja. Tuż przed katechezami stoi jeden z prezbiterów i po prostu kurzy. I nagle podchodzi do niego jakiś facet i rzuca: „Słyszałem o tych waszych katechezach, ale wydawało mi się, że to nie dla mnie. Ale tak przechodzę, patrzę, a ksiądz tak tu stoi i kurzy, więc mówię: przyjdę”. I przyszedł. Pomyślałem: Boże, skoro Ty z czegoś takiego możesz wyprowadzić dobro…



Tekst jest fragmentem rozmowy Marcina Jakimowicza z Jackiem Borusińskim, której całość została opublikowana w tygodniku "Gość Niedzielny"
 
 
 
Zobacz także:
Najnowszy numer magazynu porusza sprawy aktualne i ważne dla Polski, Europy i świata. Piszemy o wielce prawdopodobnym rozpadzie unijnego projektu i narastającym wrzeniu wśród społeczeństw Unii Europejskiej. Opisujemy kolejną falę prześladowań chrześcijań w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie. Nie unikamy tematów niewygodnych, których inne czasopisma nie chcą poruszać.
We wtorek w Szczecinie abp Andrzej Dzięga, metropolita szczecińsko-kamieński otworzył proces w sprawie domniemanego cudownego uzdrowienia za przyczyną Sługi Bożego Stefana Kardynała Wyszyńskiego. Sprawa dotyczy kobiety, która zachorowała na raka tarczycy. Dzięki modlitwom za wstawiennictwem Prymasa Tysiąclecia została całkowicie wyleczona z choroby.
W najbliższą niedzielę mieszkańcy Słowenii wezmą udział w referendum w sprawie przyjętej w czerwcu ubiegłego roku ustawy, która przyznaje związkom osób tej samej płci prawa równe małżeństwom oraz pozwala homoseksualistom na adopcję dzieci. Pomysłodawcy referendum, przedstawiciele Słoweńskiej Inicjatywy Obywatelskiej na rzecz Rodziny i Praw Dzieci (CIRFC) zebrali w lutym br. wymagane 42 tys. podpisów. Organizację głosowania poparł Kościół katolicki.