Połączenie to atoli dwóch sprzeczności nie mogło pozostać długotrwałym. Upadły w ciągu wypadków systemy historiozoficzne Niemców, a jeżeli kiedy, to dziś, uśmiechnąć się każdy musi nad epoką syntetyczną des Germanenthums als des Zeitalters der Freiheit z kościołem świętego Jana reprezentowanym chyba przez Reinkensa! I jak idea postępu de la desse raison stanęła niegdyś na rewolucyjnym ołtarzu w postaci Fryny starożytnej, tak naga, kategoryczna wyszła po raz drugi z głowy francuskiego myśliciela Augusta Comta, nie poznana zrazu w świecie żyjącym eklektyzmem Cousinów i Villemainów, ale potężniejąca prostotą swego twierdzenia, odsuwającego wszelkie niewłaściwe związki.
Comte wywiódł naczelną formułę systemu z tego, co w filozofii abstrakcyjnej było w mgle tonącym szczytem budowy. Filozofia niemiecka budowała od abstrakcji logicznych do historiozofii, Comte od historiozofii zaczął. Naczelna formuła o trzech dobach bytu ludzkości teozoficznej, metafizycznej i pozytywnej, przypominająca poniekąd Vicona wiek Bogów, bohaterów i ludzi, jest najkrótszą, najprostszą historiozofią, jaką kiedykolwiek podano światu. Jest ona niezawodnie absurdem, ale absurdem kolosalnym, konsekwencją żelazną z przyjęcia postępu wyprowadzoną. Skoro minęła epoka wiary w to, czego rozumem dosięgnąć nie można, powinna mieć prekluzyjny termin epoka, w której się kuszono, aby dosięgnąć tego rozumem, od tego terminu zaczyna się pozytywizm, epoka, w której myślenie zastosowano do tego przekonania. Jeżeli zaś koniecznie potrzeba jakiegoś kultu, miejmy prawdziwy, kult siebie samego, kult ludzkości.
Szczerze i brutalnie, nielogicznie co do faktów dziejowych, ale co do pojęcia pewnej chwili dziejowej, jako uznającej się na drodze doskonałości i prawdy, ściśle logicznie! Na próżno też sili się p. Laurent wykazać wszystkie pychy, dzieciństwa, nieuctwa Comta, stojące tuż obok wywodów nieubłaganej logiki: Comte wskazać mu zdoła cały szereg ludzi, jak Littre, Buckle, Draper, Hartpole - Lecky, Stuart, Mill, Spencer, Lewis, którzy lepiej przygotowani budowali na logicznej jego podwalinie, może w poprzednikach Viconie, Voltairze i Kancie, wyróżnić to, co mu torowało drogę, upoważniało do zuchwałego twierdzenia. Wyręczając mistrza, z ogromnym zasobem przeczytanych książek a żadnym znajomości życia, bierze się Buckle do dzieła, aby myśl pozytywną w historii bliżej określić i przeprowadzić. Dwa są czynniki w historii, mówi: moralność i wiedza, działające wśród niezliczonych wpływów ziemi klimatu na ludzkość. Pierwszy mało się zmienia, drugi okazuje widoczny postęp. On też jako postępujący wedle praw niezmiennych, może wieść do zrozumienia, uporządkowania, rozkładu przestrzeni dziejów. Postęp ten wiedzy odbywa się kosztem dwóch powag, powagi religii i powagi władzy - ergo: upadek religii i władzy jest postępem. Tak zamyka się poczet filozofii historii rozpoczęty od twierdzenia Bossueta, że historia jest widowiskiem dwóch czynników, religii i władzy, że stałość pierwszego, zmienność drugiego główną jej treść stanowi. Kończy się fatalizmem praw natury i fatalizmem prawa postępu wiedzy. Postęp wiedzy, uznający, że religia jest tylko wytworem spłoszonej objawami natury wyobraźni, że władza jest tylko prewencyjnym środkiem przeciwko nie dość rozszerzonym pojęciom, co rozumne a co przez to samo dobre; musi doprowadzić do chwili, gdy wiedza wyprze całkowicie religię i prewencyjny środek władzy, przynajmniej tam, gdzie na to prawa natury pozwolą.
Nie w tych pociągniętych, lub koniecznie wyciągnąć się dających konsekwencjach spoczywa siła przekonywająca systemu Buckla. Spoczywa ona na nowości i zadziwiającej często zręczności dowodów, że nic nie ma w historii prócz fatalizmu prawa natury i fatalizmu prawa postępu wiedzy. Ale dowody te podane są kosztem rozbicia i unicestwienia tego, co się dotąd historią nazywało. Naród po narodzie bierze Buckle pod anatomiczny i fizjologiczny rozbiór, nie idąc za postępem czasu, za następstwem wielkich epok historycznych, ale używając metody, którą przyrodniczą nazywa i którą jako jedyną do przeprowadzenia historii na stopień i stanowisko umiejętności ścisłej wskazuje. W wszechstronnym obejmowaniu faktów ekonomicznych, społecznych, intelektualnych, w pozostawieniu na boku politycznych jest owa siła imponująca umysłom, szczególniej młodym, które zapominają, że historia od dawna nie zaniedbywała pierwszych, pomimo że na przednim planie stawiała drugie. Zapominają, że właśnie w tym odrywaniu od naturalnego ich gruntu, w tym zestawieniu ryzykownym rzeczy odrębnych, ginie istota historii, polegająca na położeniu i wytłumaczeniu wszystkiego w czasie i miejscu, że jeżeli w uwzględnianiu czynnika wewnętrznego nie ma nowego odkrycia, w oderwanym jego traktowaniu i zestawieniu jest oczywiste dla prawdy niebezpieczeństwo.
Ale nie chcemy się spierać o metodę i nie powiemy, aby nic z metody Buckla do umiejętności historii przenieść nie należało. Przeszła ona ogniową próbę w samym dziele jego i poparła bardzo silnie fałszywe z gruntu zapatrywanie, wynikłe z chęci uporządkowania ogromnego obszaru wiedzy nabytej: poleciła się tą obroną fałszu tak, że w służbie prawdziwszych pojęć potężniejszą się ukazać musiała. Bardzo być może, że wielkie bezdroża, na które Buckle pojęcie historii zaprowadził, wpłyną na świadomych lepiej zadania historii, że cofając się z drogi abstrakcji, której w ubiegłej epoce filozofii i nauki nadużyto, wrócą do opartej na samych faktach ścisłości, że liczyć się będą więcej ze zdobyczami wiedzy na polu przyrody, o ile te wkraczają w świat ludzki. Bardzo być może, że jak na pogańskiej nauce starożytności wzrosła najświetniejsza myśli chrześcijańskiej epoka, tak z przyswojonymi środkami dzisiejszego pozytywnego, niezawodnie pogańskiego kierunku, wystąpi po raz wtóry nauka chrześcijańska, przyjmująca zdobycze prawdy i ustawiająca je do harmonii z tą prawdą, o której zapomniano.