Wyklęci i przemilczani

2011-03-01
Wyklęci i przemilczani

Nie były to bandy reakcyjnego podziemia, zwalczające z klasowej nienawiści szlachetnych idealistów, ani też wojna domowa dwóch stronnictw, spierających się zbrojnie o władzę. Było to antykomunistyczne powstanie, które tliło się miejscami aż do połowy lat 50. XX wieku.

Każde kolejne pokolenie wzoruje się na swych poprzednikach, biorąc od nich to, co uważa za najlepsze. Z czasem pewne fakty, wydarzenia, postacie, obrastają legendą, z drugiej strony historycy je weryfikują, ale zbiorowa pamięć narodu nadal przechowuje, bo to stanowi o naszej tożsamości. Tradycja w życiu społecznym jest niezbędna, jest punktem odniesienia, racjonalnej krytyki, staje się wzorem i bardzo silnym spoiwem. Każde pokolenie z niej czerpie, ale i coś od siebie dokłada. Tak działo się również wtedy, gdy Polska na 123 lata znalazła się w rozbiorowej niewoli (1795-1918). Tradycja i etos narodowy były spoiwem, które łączyło Polaków niezależnie od istniejących granic, mocniej niż urzędowa propaganda zaborców i usilne próby germanizacji czy rusyfikacji. Dzięki temu zachowaliśmy ciągłość narodowych elit – w 1918 roku Polacy w kraju i działacze przybywający z emigracji potrafili wielkim wysiłkiem i olbrzymią ofiarnością dźwigać kraj z ruin.

Podbój zamiast odbudowy

Podobnie powinno być po zakończeniu działań II wojny światowej w Europie. Wszak to Polska była pierwszą ofiarą zbrodniczych totalitaryzmów, dwóch najstraszliwszych systemów ideologicznych w dziejach świata – niemieckiego nazizmu i sowieckiego komunizmu. III Rzesza Niemiecka i Związek Sowiecki miały wspólne ideologiczne korzenie (w końcu „walka klas” i „walka ras” to dwie strony tego samego medalu), podobne ustroje społeczne, święta państwowe (1 Maja!) i symbolikę (czerwone sztandary).

Wydawało się więc całkiem naturalne, że nastąpi odtworzenie Polski, przebudowanej, unowocześnionej i zmienionej, ale rękoma samych Polaków i zgodnie z ich pragnieniami. Mieliśmy przecież na emigracji Rząd RP, zalążki wszystkich państwowych instytucji, część uratowanych intelektualnych i kulturalnych elit, w kraju zaś istniało Polskie Państwo Podziemne, jedyne w całej okupowanej Europie. Było więc z czym zaczynać odbudowę, istniały mocne cywilizacyjne fundamenty i chętne do pracy środowiska państwowotwórcze.

Stało się jednak inaczej. Od momentu wkroczenia Armii Czerwonej na ziemie II RP w styczniu 1944 roku stawało się oczywiste, że „sojusznicy naszych sojuszników”, jak enigmatycznie nazywano Sowietów, zamierzają wprowadzić swoje porządki, narzucić swoje „elity” i zbudować państwo wasalne, odarte z godności, tradycji i bez własnej przeszłości. Tym tworem stała się „Polska Ludowa”, formalnie suwerenna, faktycznie sowiecka kolonia, początkowo faktycznie okupowana, następnie administrowana przez jawnych i utajonych agentów sowieckich.

Nowe państwo wymagało nowych elit, nowej „tradycji” i nowej… historii. Od czego byli agenci z Komunistycznej Partii Polski, kolaboranci-inteligenci i nieliczni, ale głośni „usłużni idioci”, którzy gotowi byli za judaszowe ruble uzasadnić każdą podłość, podeprzeć każde kłamstwo i opluć każdego, kto stał na drodze „walki klas”?

Antykomunistyczne powstanie

Od początku istniał przeciw temu zdecydowany opór. Polskie Państwo Podziemne i jego zbrojne formacje niepodległościowe były symbolem trwałości Rzeczypospolitej. Nie składały broni, stając do nierównej walki w obronie niepodległości i poszanowania praw człowieka i obywatela. Nie były to „bandy reakcyjnego podziemia”, zwalczające z klasowej nienawiści szlachetnych idealistów, nie była to też „wojna domowa” dwóch stronnictw, spierających się zbrojnie o władzę. Było to antykomunistyczne powstanie, które tliło się miejscami aż do połowy lat 50. XX wieku. Powstańcy nie byli stroną „wojny domowej” – oni bronili swych rodzin, stron ojczystych i wyznawanych wartości.

Polska była przecież przedmiotem agresji wrogiego mocarstwa, jednego ze sprawców straszliwych nieszczęść II wojny światowej, o czym nader łatwo zapominamy. W latach 1939-1941 w sowieckiej strefie okupacyjnej zginęło więcej ludzi niż pod okupacją niemiecką w tym samym okresie. Już podczas początkowych działań wojennych we wrześniu 1939 roku na Kresach Wschodnich zginęło od kilku do kilkunastu tysięcy ludzi z rąk komunistycznych bojówek i band, które dostały od swych mocodawców wolną rękę w celu „czyszczenia terenu”.

Od 1944 roku Polacy ponownie ginęli masowo z rąk Sowietów, eksterminowani w pacyfikacjach, rozstrzeliwani, wywożeni na Sybir… Także w Polsce Ludowej działo się podobnie. Szacuje się, że komuniści zamordowali po wojnie kilkadziesiąt tysięcy ludzi (z tego „zaledwie” kilka tysięcy na mocy wydanych wyroków, uznawanych obecnie za zbrodnie sądowe). Tylko część z nich zginęła w bezpośrednich walkach, albowiem straty podziemia niepodległościowego z tego ­tytułu były stosunkowo niewielkie. Reszta to ofiary represji – mordowanie ludności cywilnej i wziętych do niewoli żołnierzy WiN, NSZ czy NZW przybierało masową skalę.

Zapomniani bohaterowie

Z różnych powodów stało się tak, że świat o tych ofiarach praktycznie nic nie wie i już wiedzieć nie chce. A co wiedzą o tym Polacy, szczególnie najmłodsze pokolenia? W podręcznikach szkolnych jest na ten temat niewiele. Wiedza o tym okresie jest w dalszym ciągu niepełna, ogólnikowa, a nawet zafałszowana. Z jednej strony jest to triumf komunistycznych pseudohistoryków, którzy zgodnie z pradawną maksymą przez prawie pół wieku rzucali kalumnie na bohaterów podziemia, licząc, że w końcu one do nich przylgną. Wielu z nich jest nadal czynnych w tym zawodzie, wypuszczając co roku magistrów i doktorów, mocno zarażonych poglądami swych promotorów i nabytą od nich „wiedzą”.

W ilu naszych domach do dziś stoją na półkach podręczniki historii, słowniki, encyklopedie czy informatory, wyprodukowane z myślą o „utrwalaniu władzy ludowej”, będące dla ich użytkowników praktycznie jedynym źródłem wiedzy o tym okresie? Z drugiej strony, w począt­kowym okresie transformacji ustrojowej po 1989 roku nie było woli politycznej do dokonania zmiany tego stanu rzeczy. Ale kto to miał robić? Ludzie, którzy współobejmowali wówczas władzę (była to przecież symbioza strony „solidarnościowej” z Tadeuszem Mazowieckim i strony komunistycznej z gen. Czesławem Kiszczakiem), mieli za sobą zaszłości, które mocno trzymały ich za nogi – staże w peerelowskim sejmie, funkcje w koncesjonowanych redakcjach, profity z tytułu działalności w „kulturze” i w „sztuce”.

Niszczeni fizycznie i moralnie

W Polsce po 1989 roku nie było klimatu dla jednoznacznego nawiązania do jedynej normalnej tradycji, jaką była II RP, Polskie Państwo Podziemne i jego kontynuacja w postaci Antykomunistycznego Powstania. Cóż wówczas mieliby nam do powiedzenia aktywiści i działacze PZPR, funkcjonariusze i oficerowie Urzędów Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej, członkowie ich rodzin, którzy z tytułu czerpanych korzyści identyfikowali się z „Polską Ludową”? A przecież to oni po 1989 roku rozgrywali swoją partię w taki sposób, aby nie było żadnych rozliczeń, „grzebania w życiorysach”, oddawania zagrabionego mienia i społecznej infamii. Doprowadzono do takiego stanu, że pośmiertne nadanie Orderu Orła Białego jednemu z największych bohaterów II wojny światowej, rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu, zostało oprotestowane przez członków (!) kapituły tego orderu, którzy otrzymali je wcześniej z rąk Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaśniewskiego. Czy Jacek Kuroń lub Karol Modzelewski, aktywiści PZPR, byli bardziej godni tego najważniejszego w wolnej Polsce wyróżnienia od rtm. Pileckiego? A jednak to o nich Aleksander Kwaśniewski, wręczając im Ordery Orła Białego, powiedział: „Byli pierwsi, gdy w 1964 r. otwarcie napiętnowali system dyktatury”. Te kłamliwe słowa padły publicznie i nie spotkały się z należytą odpowiedzią!

Przemiany po 1989 roku nie położyły kresu akcji dezinformacyjnej. Nie rozliczono największych zbrodni tamtego okresu, masowych aktów ludobójstwa, w których jednorazowo ginęło po kilkaset osób. Praktycznie nietykalni są stalinowscy sędziowie i prokuratorzy, funkcjonariusze bezpieki i Informacji Wojskowej. Ich ofiary zaś potajemnie chowano w kloacznych dołach, na torfowiskach, zakopywano wokół siedzib UB i na wysypiskach śmieci… Tak, aby nie pozostał po nich żaden ślad.

Jeszcze ważniejsze okazało się niszczenie niepodległościowego etosu w wymiarze moralnym. Mjr/ppłk UB Wiktor Herer wyraził to w śledztwie w 1948 roku: Zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyć was fizycznie, ale my musimy zniszczyć was moralnie w oczach społeczeństwa. Ten sam Herer w 1981 roku był doradcą Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” i powszechnie szanowanym… profesorem.

Etos niepodległościowców był niszczony świadomie i z rozmysłem do końca istnienia Polski Ludowej. Żołnierze antykomunistycznego podziemia zostali wyklęci i wyrugowani z naszej historii. Brali w tym udział nie tylko oprawcy z UB czy partyjni ideolodzy. „Władzę ludową” utrwalali również pisarze, poeci, filmowcy, onegdaj przedstawiając ich jako „wrogów ludu”, dziś uporczywie milcząc na ten temat lub bagatelizując swą haniebną rolę. Ci sami, którzy kładli podwaliny pod komunistyczne kłamstwo i brali za to sowite honoraria.

Przywrócić pamięć

Dziś wiemy, że przez szeregi formacji niepodległościowych przewinęło się po wojnie około 200 tysięcy ludzi. Prawie wszyscy przeszli przez komunistyczne represje i więzienia, wielu z nich zginęło w walkach lub zostało zamordowanych po wzięciu do niewoli. Wszyscy mieli rodziny, przyjaciół, znajomych. Co zrobiliśmy z pamięcią o nich? Gdzie jest dziś ich miejsce? Czy Polska po 1989 roku jest bez nich naprawdę lepsza? Przecież ci, którzy ich fizycznie i moralnie unicestwili, którzy brali bezpośredni udział w unicestwieniu pamięci o nich, wyprowadzali Polskę z Europy na manowce cywilizacji. Oni zaś bronili nie tylko Polski – bronili Europy i jej prawdziwych wartości. Dziś ich prześladowcy stroją się w nie swoje piórka, ale życiorysy własne rozpoczynają na ogół od 1989 roku. Gdzie byli wcześniej, co robili, co tworzyli i komu służyli? Na te pytania próżno od nich samych oczekiwać odpowiedzi. Pomocą służą im najbardziej wpływowe media, stosując specyficzną metodę „lisiego ogona”, czyli skutecznego zacierania śladów. A etos niepodległościowy jest stale rozmiękczany, spłycany, sprowadzany do nagłaśniania pojedynczych przypadków wynaturzeń, aby przez niedopuszczalne uogólnienia sprowadzić ich do poziomu ofiar, ale bardzo wątpliwych moralnie. I to się na ogół udaje.

Budowa „Polski Ludowej” nie byłaby możliwa bez złamania oporu antykomunistycznego podziemia i pacyfikacji społeczeństwa. To się rodzimym komunistom i Sowietom udało, choć cenę zapłaciliśmy straszną. Ale dziś powinniśmy walczyć o przywrócenie ofiarom komunizmu naszego szacunku i o umieszczenie ich w naszej zbiorowej pamięci. Bo innej normalnej tradycji przecież nie mamy. Alternatywą są tylko dysydenci z PZPR, aktywiści KPP, kolaboranci i sprzedajna „postępowa inteligencja”. A nie są to wzorce godne naśladowania.

Leszek Żebrowski

Za: "Polonia Christiana"
Serdecznie zapraszamy do udziału w naszej najnowszej akcji Twoja róża u św. Rity z Cascii. Chcąc podziękować św. Ricie za opiekę nad nami, pragniemy, aby każdy czciciel orędowniczki w sprawach trudnych i beznadziejnych mógł ofiarować jej swoją prawdziwą czerwoną różę. Aby poznać szczegóły tej inicjatywy, a następnie do niej dołączyć, wystarczy kliknąć w ten link.
Znani publicyści i eksperci magazynu "Polonia Christiana" przywołują synodalną debatę o małżeństwie i jego nierozerwalności.
Ostatnie kilkadziesiąt lat nauczania niemieckich pasterzy dowodzi niestety smutnej prawdzie o tym, że za Odrą ginie katolicka wiara. Jak to możliwe? Czy Watykan akceptuje tak zwane "nowoczesne oblicze Kościoła"?
Prezentujemy wszystkie listy napisane i opublikowane przez pochodzącego z Italii arcybiskupa. Opisał w nich skalę i charakter nadużyć seksualnych popełnianych przez ludzi Kościoła.
Klub Polonia Christiana zaprasza na kolejne pasjonujące spotkania w wielu polskich miastach. W kwietniu odwiedzimy Olsztyn, Białystok, Poznań, Kraków, Warszawę i Wrocław.