Temat numeru
 
Czego nas uczy Chrystus w Swej samotności?
o. Jan Strumiłowski OCist

Arystoteles opisując człowieka, zdefiniował go jako istotę społeczną. Budowanie relacji i życie w relacji nie jest według tej definicji czymś zewnętrznym, dodanym do ludzkiego istnienia, lecz czymś koniecznym. Człowiek potrzebuje innych ludzi, żeby w pełni być sobą.

 

Kiedy uczniowie Filozofa donieśli mu, że w lesie spotkali człowieka żyjącego w absolutnej samotności, ten odpowiedział krótko i zwięźle: To albo zwierzę, albo bóg.


Właśnie na tę tezę Arystotelesa powoływał się św. Tomasz z Akwinu w Sumie teologicznej, rozważając, czy Chrystus powinien żyć w samotności, czy raczej obcować z ludźmi. Jako argument za samotnością podaje się fakt, że Pan Jezus jest Bogiem, zatem samotność, a właściwie kontemplacja Prawdy w samotności mogłaby być sposobem objawienia Jego Bóstwa. Jednak, jak dalej wyjaśnia Akwinata, ze względu na cel Wcielenia – objawienie Prawdy, odkupienie człowieka i pojednanie go z Bogiem – było jak najbardziej właściwe, żeby Zbawiciel przebywał wśród ludzi. Można dodać, że również przyjęcie przez Syna Bożego prawdziwej i integralnej natury ludzkiej czyniło społeczny sposób życia czymś oczywistym.


Czy Pan Bóg jest samotnikiem?


Z drugiej strony, patrząc na tę kwestię jeszcze głębiej, trzeba powiedzieć, że Pan Bóg sam w sobie nie jest samotnikiem. Arystoteles twierdził, iż Bóg jest jeden i sam, odwiecznie kontemplując prawdę w sobie samym. Chrześcijańska doktryna głosi natomiast, że Bóg jest w Trójcy Jedyny, przez co nie jest samotnikiem, lecz komunią Osób. Ojciec, owszem, odwiecznie kontempluje Prawdę, ale w swoim Synu. Społeczna natura człowieka nie jest więc tym, co odróżnia go od Boga, lecz odzwierciedleniem Jego istoty – skutkiem faktu, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże.


Celem życia ludzkiego nie może zatem być samotność sama w sobie, lecz komunia miłości. A jednak Chrystus Pan w swoim życiu często udawał się na miejsca odosobnione…

 

Komunia z Bogiem


Podobieństwo człowieka do Boga rzeczywiście czyni nas istotami relacyjnymi. Jednakże celem naszego życia jest nade wszystko wejście w komunię z Bogiem. Różnica między stworzeniem a Stwórcą sprawia, że do nawiązania relacji z Nim potrzebna jest przestrzeń samotności. Z tego też względu sam Chrystus udawał się na miejsca odosobnienia. On sam właściwie nie musiał tego robić, gdyż jako Druga Osoba Trójcy Świętej, wcielając się, nigdy nie przestał przebywać z Ojcem i Duchem Świętym. Syn Boży wcielając się, nie opuścił Nieba, lecz stał się uczestnikiem ludzkiego, ziemskiego życia. A jednak – by dać nam dobry przykład i podkreślić, jak istotne są momenty przebywania z Ojcem – w szczególnych chwilach udawał się w miejsca samotne. Dlaczego więc samotność? Jak ona działa?


Rozmowa z Bogiem, czyli modlitwa, nie może sprowadzać się jedynie do aktów wykonywanych przy okazji innych czynności. Owszem, można i trzeba modlić się w miarę możliwości także podczas wykonywania codziennych zajęć. Nie jest niczym złym, a nawet jest chwalebne, gdy kierowca modli się w trakcie jazdy (o ile oczywiście nie stanowi to zagrożenia dla ruchu drogowego). Nie wystarczy jednak modlić się tylko w taki sposób. Bóg jest Wszechmocnym Panem. Głęboko niestosowne byłoby nie mieć dla Niego wyłącznego czasu. Samotność i odosobnienie – odłożenie na bok wszystkich innych spraw – jest z jednej strony po prostu tym, na co Bóg zasługuje, a z drugiej już samo budowanie takiej przestrzeni uczy nas, kim On jest.


Bóg przemawia w ciszy


Ponadto dla nas, ludzi, odosobnienie jest konieczne ze względu na naszą słabość. Nie da się usłyszeć Boga, jeśli najpierw nie uciszymy własnych serc, umysłów i wszystkiego, co nas otacza. Bóg przemawia w ciszy. Nieustanna wrzawa sprawia, że stajemy się niemal całkowicie głusi na Jego głos. Wejście w samotność i ciszę nie działa jednak automatycznie – jest drogą, pewnym sposobem wprowadzającym nas w stan, w którym prawdziwa modlitwa staje się możliwa.


Samotność jest więc konieczna, by uciszyć szalejący wokół nas świat i to, co dzieje się w nas samych. Ci, którzy zwykli modlić się w ciszy, wiedzą, że wejście do kościoła czy kaplicy adoracji, gdzie panuje względna cisza i odosobnienie, nie powoduje natychmiastowego uciszenia własnego wnętrza. To wymaga czasu, cierpliwości i samozaparcia. Milczenie i samotność nie są bowiem czymś przyjemnym ani naturalnie pożądanym przez naszą naturę. Nie są też celem samym w sobie, lecz jedynie narzędziem umożliwiającym głębsze spotkanie z Bogiem. Ze względu na tę „nienaturalność” ludzie często spontanicznie starają się zagłuszyć ciszę – włączają telewizor czy radio, byle tylko coś mówiło i zabiło poczucie pustki.


Samotność konieczna dla relacji z Bogiem


Udajemy się więc na miejsce osamotnienia i milczenia po to, by stworzyć przestrzeń spotkania z Bogiem i nauczyć się Go słuchać. U Chrystusa było to coś spontanicznego i naturalnego. Nam sprawia trudność, bo obciążeni grzechem, przyzwyczajeni jesteśmy do natury zranionej grzechem. Inaczej mówiąc – my, w odróżnieniu od Zbawiciela, nie mamy w zwyczaju, by przebywać sam na sam z Bogiem. Musimy się tego uczyć.


Wchodząc w przestrzeń ciszy i odosobnienia, najpierw doświadczamy dyskomfortu. Gdy już nieco się wyciszymy, nie słyszymy od razu Boga – najpierw z naszych serc wyłaniają się „głosy demonów”, czyli to, co najbardziej nas boli i przeraża, a co na co dzień spychamy poza pole uwagi. Dopiero po dłuższej praktyce odosobnienia, przeżywanego jako ćwiczenie duchowe, zaczynają otwierać się w nas zmysły duchowe. Znamienne, że kiedy Jezus Chrystus udawał się na modlitwę w odosobnieniu, Ewangelie nie mówią, że szedł na pół godziny, lecz na całą noc.


Wejście w samotność jest zatem konieczne, by nawiązać kontakt z Bogiem. Jako istoty relacyjne na jakiś czas odcinamy się właśnie od relacji z innymi ludźmi po to, by całą naszą istotę skierować ku przebywaniu z Bogiem. Jedność z Nim jest bowiem naszym spełnieniem. Dopiero gdy człowiek odnajdzie Boga i pojedna się z Nim, jego natura doznaje pełni. Wtedy także relacje międzyludzkie zostają uzdrowione i uświęcone – poprzez pełną jedność z Bogiem.


Osamotnienie Zbawiciela


Jest jednak w Ewangelii jedno centralne miejsce, w którym Pan Jezus nie tyle sam wybiera odosobnienie, ile doświadcza opuszczenia – najpierw przez uczniów, a później, jak się zdaje, nawet przez Ojca. Dla właściwego przeżywania naszego życia, szczególnie w chwilach trudnych – gdy sami nie wybieramy samotności dla praktyki duchowej, lecz zostajemy w nią wrzuceni – zrozumienie osamotnienia Chrystusa ma szczególne znaczenie.


Chrystus Pan w czasie Męki rzeczywiście doświadczył osamotnienia, odrzucenia, zdrady i zaparcia się Go. Z jednej strony było to konieczne dla dopełnienia miary Jego Męki. Z drugiej – było wejściem Syna Bożego w przestrzeń spustoszoną grzechem (egoizmem), którą On wypełnił swoją Miłością. W momencie opuszczenia (ucieczka uczniów) czy trzykrotnego zaparcia się Piotra, Jezus Chrystus w ludzkiej postaci dotyka tych zranień swoją Boską Miłością. Ucieczka, zaparcie, alienacja są skutkami grzechu, odbiciem jego struktury. Uczniowie zawodzą, bo brakuje im miłości. I właśnie w taką przestrzeń wchodzi Chrystus, nie przestając miłować.


Z naszego punktu widzenia momenty zdrady i osamotnienia są konieczne dla zbawienia, gdyż w nich możemy nauczyć się naprawdę kochać, zjednoczyć się ze Zbawicielem i razem z Nim wypełnić przeklęte przestrzenie życia Bożą miłością. Moment, w którym zaczynamy miłować nieprzyjaciół, jest chwilą aktywnego uczestnictwa w życiu Bożym.

Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?


Jeszcze ważniejsze jest zrozumienie opuszczenia Chrystusa przez Ojca na Krzyżu. Jezus zawołał: Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? – co mogłoby sugerować rzeczywiste porzucenie. Egzegeci wskazują jednak, że to pierwszy werset Psalmu 22, który choć zaczyna się od opuszczenia, w drugiej części przechodzi w modlitwę pełną ufności. W ustach Pana Jezusa psalm ten może być wyrazem ufności wobec Ojca pomimo okrucieństwa Męki.


Tradycja katolicka zawsze rozumiała to tak, że Chrystus Pan nigdy nie utracił zjednoczenia z Ojcem – nawet na Krzyżu Jego dusza cieszyła się wizją uszczęśliwiającą. Natomiast niższe części duszy doświadczały absolutnej Męki, łącznie z poczuciem opuszczenia przez Boga. Zjednoczone z Ojcem pozostały wola i rozum Chrystusa – pomimo cierpienia nigdy nie zwątpił w Ojca ani nie odstąpił od Jego woli. W uczuciach i emocjach doświadczał natomiast całkowitego opuszczenia.


Odnaleźć Boga


W naszym życiu duchowym znajdujemy tu analogię: miarą zjednoczenia z Bogiem nie są odczucia (które mogą obejmować nawet poczucie opuszczenia), lecz wierność w wierze i woli. Tak złożone doświadczenie staje się szkołą, w której w odrzuceniu i osamotnieniu odnajdujemy prawdziwego Boga – przekraczającego każdą ciemność.

By naprawdę odnaleźć Boga, niezbędna nam jest przestrzeń samotności. Potrzebne jest jednak nie tylko to, byśmy sami jej szukali, lecz czasem także to, byśmy zostali w nią wrzuceni. Gdy bowiem odebrane zostaje nam wszystko i wydaje nam się, że wokół nie ma już nic – zostaje tylko Bóg, który Jest.